Aion – Danielz, Młody (wywiad, 12.10.2001)

•29/03/2009 • 2 komentarzy

Niedawno ukazał się najnowszy album poznańskiej formacji Aion. Płyta „Symbol” to odejście zarówno od „gotyckopodobnej” estetyki pierwszych płyt, jak i od nowoczesnych eksperymentów przedostatniego dzieła grupy zatytułowanego „Reconcilliation”. Zespół miał brać udział w trasie z Artrosis i Asgaard, niestety z przyczyn, o których muzycy opowiedzieli w wywiadzie, współudział Aion i Asgaard został odwołany. Na pocieszenie fani dostali możliwość spotkania z zespołem w jednym ze stołecznych sklepów muzycznych, dziennikarze zaś okazję do przeprowadzenia wywiadu. O swojej nowej muzyce i nie tylko opowiadają gitarzyści zespołu – bracia Daniel „Danielz” i Dominik „Młody” Jokiel.

Dlaczego mimo zapowiedzi nie ma was na trasie?

Danielz: Sytuacja wygląda w ten sposób, że z przyczyn niezależnych od nas musimy podziękować za serię koncertów, które pozostały nam do ewentualnego zagrania. Jest nam bardzo przykro, mówię to bardzo szczerze…

Młody: Naprawdę jest nam bardzo przykro, bardzo chcieliśmy zagrać…

Danielz: Jest nam przykro w stosunku do ludzi, którzy mieli ochotę przyjść i nas zobaczyć. Tym bardziej, że uważam, że ostatnia płyta, którą żeśmy zrobili („Symbol” – red.) naprawdę zasługiwała na to, żeby ją wypromować. No, ale są to pewne rzeczy, na które my nie mamy bezpośredniego wpływu.

Czy wobec tego zanosi się w najbliższym czasie na większą ilość koncertów promujących to wydawnictwo?

Młody: Na pewno sami będziemy grać, robić koncerty, jeżeli Michał (menedżer zespołu – red.) nam pomoże. Będziemy próbować.

Danielz: Na pewno gdzieś w okolicach listopada weźmiemy się za to ostro. Skład się trochę pozmieniał, także to jest pewien…

Młody: To może powiesz coś o składzie?

Danielz: Nie (śmiech)… Na pewno więc całą akcję związaną z koncertami przeprowadzimy, ale to dopiero gdzieś w okolicach listopada.

Czy Warszawę również uwzględniliście w swoich planach?

Danielz: Na pewno Warszawy nie pominiemy. Z tym, że będziemy organizowali te koncerty na własną rękę, czyli sami chcemy się zaopiekować promocją, ludzie muszą o tym wiedzieć. Ciężko mi mówić o datach, to jest dopiero w planach. Na pewno chcielibyśmy jakoś naprawić to, że teraz nie ma nas na koncertach. Warszawa na pewno nie będzie pominięta tym bardziej, że mamy grono przyjaciół w Grójcu, w naszym fantastycznym fan clubie. Wydaje mi się też, że zawsze spotykaliśmy się tu z dobrym przyjęciem. Ludzie przychodzili na koncert i chcieli nas posłuchać. My o tym wiemy, zdajemy sobie z tego sprawę.

Teraz jednak poproszę cię, żebyś powiedział kilka słów o zmianach w składzie.

Danielz: W składzie zaszły zmiany. Z przykrością muszę poinformować wszystkich zainteresowanych, że po wielu latach odszedł nasz basista Milli. Odszedł z powodów rodzinnych, o których nie będę więcej mówić. Po prostu czasami trzeba pomyśleć o tym, jak przedstawia się sprawa związana z rodziną, tego typu rzeczami. Milli musiał odejść i to nie jest nawet do końca jego decyzja, po prostu tak wyniknęło. Jego miejsce zajął kolega Artur Szymański, który do tej pory udzielał się w poznańskim zespole Corvus, natomiast miejsce naszego klawiszowca zajął Marcin Żmuda, który do tej pory udzielał się w zespole Ad Patres.

Młody: I Corvus również.

I jak sobie radzą?

Danielz: Myślę, że jest dobrze i na pewno razem pogramy. Co do tego nie mam wątpliwości. Tak jak powiedziałem, na pewno będziemy grać i nikt nie powinien spodziewać się jakiegokolwiek przełomu, rezygnacji z pewnych rzeczy. Będziemy grać dalej i w listopadzie na pewno będziemy szykować kilka koncertów, które będą jakby spełnieniem tego wszystkiego, czego ludzie od nas chcieli do tej pory. Przyjeżdżamy na koncerty i gramy, nic się nie zmieniło.

Dlaczego poprzedni klawiszowiec Migdał opuścił zespół?

Danielz: Z panem Migdalskim musieliśmy w pewnym momencie zakończyć współpracę w wyniku narosłych od jakiegoś czasu animozji i niesnasek. Mówiłem już o tym kiedyś, nie chciałbym się za bardzo wgłębiać w te rejony. Natomiast musieliśmy sobie podziękować. Jesteśmy do tej pory kolegami, spotykamy się co jakiś czas nawet…

Młody: W pubie…

Danielz: Właśnie, w pubie najczęściej. I rozmawiamy o muzyce.

Wasza nowa płyta jest powrotem do bardziej tradycyjnego grania, zrezygnowaliście z nowoczesnych brzmień…

Danielz: Głównie melodia, o to nam chodziło. Teraz mamy zupełnie inne podejście do tej muzyki niż podczas nagrywania „Reconcilliation”, jest dużo melodii, jest bardziej gitarowa. W pewnym sensie jest to najbardziej dojrzała produkcja, jaką do tej pory zrobiliśmy.

Młody: Pod względem aranżacyjnym…

Danielz: I nie tylko. Często ludzie nam opowiadają, że wróciliśmy do tego, od czego zaczynaliśmy. I na pewno jest w tym jakaś racja, aczkolwiek „Reconcilliation” należy traktować jako pewnego rodzaju przełom w naszej karierze, zaś „Symbol” jest jakby pewnym powrotem do tego, co robiliśmy wcześniej, jest to płyta dużo bardziej melodyjna, dużo bardziej osadzona, bardziej przemyślana. Na pewno aranżacyjnie jest jeśli nawet nie ciekawsza, to same kompozycje są o wiele bardziej przekonujące. Jest to po prostu muzyka, która wypłynęła z serca, jest zagrana z takim fajnym czadem, na luzie i myślę, że o to nam chodziło i będziemy dalej w tym kierunku się kształtować.

A opinia, że jest bardziej tradycyjnie metalowa… Nie jest to powrót do gotyckiego klimatu, tylko wycieczka w jeszcze innym kierunku…

Danielz: Przede wszystkim najważniejsza sprawa. Nie uważam, żeby to była pod jakimkolwiek względem płyta gotycka. Nie uważam, żebyśmy my w ogóle grali muzykę gotycką, zawsze się od tego odcinaliśmy i nie skończyliśmy z tym. Wydaje mi się, że ta płyta jest bardziej gitarowa, z takim „przytupem” i tak można to traktować. Na pewno nie jest to gotyk, bo gotyk opiera się na jakichś tam aranżacjach i harmoniach, odmiennych od tych, które wykorzystaliśmy, ale jest bardziej „przesłuchiwalna” niż „Reconcilliation”.

Dałoby się ją zagrać bez klawiszy?

Młody: Spokojnie.

Danielz: Myślę, że tak, że to jest najbardziej „bezklawiszowa” płyta (śmiech). Chodzi o to, że tworząc muzykę musisz mieć pewnego rodzaju schemat ustawienia instrumentów w numerze. Wydaje mi się, że klawisz odgrywa tu jakąś znaczącą rolę, natomiast na pewno nie jest to instrument przewodzący. Kiedyś nam zarzucano tego typu rzeczy. Pełni on swoją rolę znakomicie, aczkolwiek jest to płyta moim zdaniem do odegrania bez tego instrumentu.

Zaintrygowały mnie teksty trzech utworów – „The Black River”, „The Way” i „As Ice”. Możecie powiedzieć coś więcej na ich temat?

Danielz: Teksty są o życiu. „The Black River”… ten numer… Najlepiej jakbym ci podał numer do Mariana (wokalista, autor tekstów – red.), ty byś zadzwonił i on by powiedział (śmiech)…

Nie czujesz się na siłach?

Danielz: Ja wiem, o co tam mniej więcej chodzi, znam je dobrze, bardzo dobrze. Te teksty są jakby kontynuacją naszych zamierzeń. Nigdy nie mieliśmy na względzie uświadamiania ludzi, jakichś układów politycznych, nie jesteśmy zespołem typu Rage Against The Machine (śmiech). Nie chcemy obalać pewnych spraw, przekonywać do żadnych dróg życiowych. Są to teksty, które opowiadają o doznaniach Mariana, jakichś jego przeżyciach, poglądach na pewne sprawy. Na czym by nam zależało w tym układzie? Otóż na tym, żeby po wysłuchaniu tych utworów ktoś gdzieś tam sobie włączył małe światełko w głowie i zastanowił się nad ich istotą. Te teksty polegają na tym, że zostawiają pole do interpretacji, można tam dodać coś swojego…

Młody: „The Black River” to chyba w ogóle nie Marian napisał, chyba Milli…

Tym razem na płycie nie pojawili się żadni goście, nie ma żadnych niespodzianek?

Danielz: W ostatnim numerze wystąpił Michael Jackson, ale to tylko tak przez chwilę (śmiech). A tak poważnie, to zawsze korzystaliśmy z pewnego rodzaju ciekawostek. Raz ciekawostką był chór, raz ciekawostką był udział Grzegorza (Kupczyka w coverze „Headless Cross” Black Sabbath – red.). Przy tym wydawnictwie nie mieliśmy takiego zamiaru.

Młody: Początkowo były sytuacje, że chcieliśmy saksofon w jakimś utworze, ja to mówię całkiem poważnie. No, ale niestety nie wyszło.

Danielz: Były takie przymiarki, żeby tam umieścić jakieś saksofonowe brzmienie…

Młody: Jakiś taki instrument żywy… Najlepiej dęty (Młody bardzo charakterystycznie zaakcentował „ę” – red.).

Danielz: Ale nie było jakichś wielkich pomysłów, żeby jakoś kogoś specjalnie wykorzystywać do tej płyty.

Młody: Jakoś specjalnie wykorzystywać (śmiech). Powiedzmy sobie szczerze…

Czy oprawa graficzna płyty była waszym pomysłem, czy może wybieraliście pośród gotowych projektów?

Młody: Dostaliśmy kilka projektów, z pięć, i mieliśmy sobie coś wybrać.

Danielz: Tak, jak w przypadku poprzednich płyt, zleciliśmy to po prostu grafikowi, tym razem był to Jarek Kubicki. Podesłał nam on kilka swoich pomysłów. Wybraliśmy jeden z nich, wspólnie go obrabialiśmy, działając przy pomocy internetu wymienialiśmy spostrzeżenia i uwagi, no i zakończyło się w taki sposób, jaki tutaj widzimy. Na pewno jakiś wpływ był, mogliśmy ingerować, podsyłaliśmy mu pewne rozwiązania i będzie to zauważalne…

Wygląda na to, że K’Haal (Kubicki – red.) stał się już „nadwornym” grafikiem Metal Mind Productions – spod jego ręki wyszła okładka ostatniej płyty Artrosis, teraz wasza…

Młody: To widać po okładkach płyt wytwórni zdecydowanie…

Danielz: Tak, to tak już jest, że jeśli ktoś oferuje swoje usługi, to może stać się, tak jak powiedziałeś, „nadwornym” grafikiem. Po prostu robi tak zwaną masówkę. Sęk w tym, żeby człowiek, który się tym zajmuje gdzieś w pewnym momencie nie przesadził. Płyta to jest płyta, oprawa graficzna też jest jakąś jest wartością. Nie wolno zatracić w tym przypadku oryginalności.

Co więc symbolizuje okładka?

Danielz: No nie, no teraz to mnie zabiłeś…

Młody: Nie no, Daniel, nie pij już więcej piwa… (śmiech)

Sami ją wybraliście, więc? (śmiech)

Danielz: No co ja mam powiedzieć… No nie no, ja pierdolę, to jest symbol (śmiech), nie wiadomo kogo, nie wiadomo czego…

Młody: To jest po prostu symbol. Okładka przedstawia symbol (śmiech).

Danielz: Tak, tak właśnie wygląda płyta. Jest okrągła błyszcząca, ma otwór i tampon z symbolem (śmiech)…

Młody: …nie mylić z innym tamponem (śmiech).

Wspomniałeś w naszej rozmowie przed wywiadem, że zaprzyjaźniliście się ostatnio z Artrosis, co zaowocowało między innymi wspólną trasą. Czy więc możemy spodziewać się analogicznej sytuacji jak niegdyś z Moonlight – więcej wspólnych koncertów, jakiegoś kojarzenia waszych nazw?

Danielz: Znaczy nie wiem, czy nasza przyjaźń zaowocowała trasą (śmiech). To jest jakaś tam specyfika koncertów. Ciężko by było, żebyśmy grali z zespołami punkowymi, chyba, że ktoś by tego bardzo pragnął…

Młody: A my ich za bardzo nie pragniemy…

Danielz: No właśnie. Pewnie chcielibyśmy zagrać przed Ich Troje, ale jest to raczej niemożliwe (śmiech). Jest pewien schemat. Jeździliśmy kiedyś trochę z Moonlightem, czy też Moonlight z nami, bo to różnie można rozpatrywać. Jeździmy trochę z Artrosis i powiem szczerze, że chcieliśmy naprawdę, żeby wszystkie koncerty doszły do skutku. To było fajne, że właśnie z Artrosis. Kilka razy sobie razem wyjechaliśmy, pewnego rodzaju koleżeństwo zaistniało między nami. Ja im nigdy źle nie życzyłem, oni myślę, że nam też. Ale są niestety rzeczy, na które nie masz czasami bezpośredniego wpływu…

Poprzednią płytę promował bardzo udany teledysk. Czy nowy album też zamierzacie wspierać tego rodzaju dziełem?

Danielz: Powiem ci krótko i szczerze. Żeby zrobić teledysk potrzeba pieniędzy, a nasz budżet, który był przewidziany na to wydawnictwo był na tyle szczupły, że nie dało się z tego przeznaczyć pieniędzy na klip.

Młody: Ale początkowo były wizje, różne koncepcje, ale i tak nie miałoby to sensu, bo wydajesz ileś tam pieniędzy na klip, który i tak nie będzie nigdzie puszczony, no bo i gdzie miałby być puszczony, Boże kochany…

Danielz: Myślę, że to przede wszystkim wynikało z okrojonego budżetu na nagranie płyty. Ale trzeba również postawić sobie pytanie, czy jest sens robienia tego, bo jeżeli my mamy się zaspokajać jakoś ambicjonalnie faktem, że sobie nakręcimy teledysk, no to OK. Jeżeli są studia, które niejako w swojej ofercie mają klipy, które moim zdaniem nie są jakieś wyjątkowo dobre, no to trzeba się zastanowić. Tak, jak mówię, podstawą jest to, że wydawać jakieś kwoty dość istotne po to, żeby mogła to zobaczyć garstka osób w programach o czwartej nad ranem, no to dzięki. Nie widzę polskich zespołów grających tego typu muzykę, żeby były one jakoś prezentowane w mediach. Może się mylę, ale tego nie widzę. Żyjemy w takim kraju, a nie innym i dziedzina, w której się obracamy, ma jakieś swoje ograniczone prawa. I wydaje mi się, że nie warto się czasami na pewne rzeczy silić, bo jest z tego więcej złego niż dobrego. Kończąc już ten temat, powiem ci, że znam przykład zespołu, który wydał mnóstwo pieniędzy, naprawdę mnóstwo, na dwa klipy, które generalnie są fantastyczne. Gdyby ktokolwiek mógł je zobaczyć, stwierdziłby to samo. No, ale z różnych względów cenzuralnych one nie mogły po prostu się ukazać nigdzie, w żadnej telewizji. Trzeba więc postawić sobie pytanie, czy warto się w ogóle zapuszczać w te rejony.

Co z rynkiem zachodnim? Macie jakieś widoki?

Danielz: W pewnym stopniu rynek zachodni już „liznęliśmy”. Mieliśmy możliwość wydania dwóch płyt na zachodzie, ten rynek też na jakichś określonych prawach działa. I na dzień dzisiejszy sytuacja wygląda tak, że jeżeli ktoś złoży nam ofertę, na pewno z chęcią ją rozpatrzymy. Ale też wydaje mi się, że ambicjonalne spełnianie się typu „podpisujemy kontrakt zachodni” tylko w kwestii mentalnej daje jakąś radość. Bardzo często to się spotyka z jakąś tam przekładnią. Nie mówię tutaj o sprawach finansowych, bo w ogóle nie musimy o tym mówić. Cieszę się na przykład z tego, że w momencie kiedy podpisaliśmy na „Midian” kontrakt z Massacre Records, mieliśmy możliwość wyjazdu. Mogliśmy sobie pojeździć po Austrii, Szwajcarii, Niemczech. Całość była okraszona tą trasą. Mieliśmy możliwość zagrania w zachodnich klubach, mieliśmy możliwość zobaczenia, jak to wszystko tam się dzieje. I to było pozytywne. Natomiast w przypadku drugiej płyty, którą wydawał Impact Records, jakichś wielkich sensacji nie było.

„Symbol” w wersji kompaktowej kosztuje niecałe trzydzieści złotych. To wasza zasługa, czy pomysł wytwórni?

Danielz: Ta naklejka, którą widzisz na płycie, jest zasługą naszego przyjaciela i menedżera. To powinno otworzyć oczy ludziom, którzy zajmują się u nas w Polsce wydawaniem płyt. Ta płyta nie musi być taka droga i to trzeba sobie jasno powiedzieć. Ludzie, którzy w naszym kraju słuchają tego typu muzyki, nie mają pieniędzy i to trzeba wziąć pod uwagę. W momencie, kiedy Sting wydaje płytę, która kosztuje sześćdziesiąt złotych, to on jakby śpiewa dla określonej publiki. I tamci ludzie potrafią wydać sześćdziesiąt złotych, żeby kupić jego płytę. Natomiast kiedy tak samo okrągłą płytę jak Sting wydaje poznański zespół Aion i ona kosztuje pięćdziesiąt złotych, to sorry, ale jej po prostu nikt nie kupi, mając obok Machine Head, czy Metallikę – zespoły zza Oceanu, których produkcje są bardzo wysoko dochodowe i są to rzeczy nieporównywalne do tego, co się u nas w Polsce tworzy. To jest wielka korzyść z tego wszystkiego. Udało nam się to zrobić na pewnych układach. Musieliśmy z czegoś zrezygnować, żeby ta płyta była ogólnie dostępna, żeby każdy mógł sięgnąć do kieszeni i ją kupić. Jest pewien krąg osób, które zajmują się tego typu muzyką i to jest taki ukłon w ich stronę: „Macie tutaj płytę, która nie jest droga. Jeżeli wam się to podoba, to kupcie, jeżeli nie, to będziemy się zastanawiać, czy jest fajnie, czy nie, czy ktokolwiek chce nas słuchać jeszcze”. Kasety też są tańsze, kosztują w granicach piętnastu złotych. Tak więc, zarówno jeśli chodzi o format CD, jak i o format MC, udało nam się pewne rzeczy załatwić.

Ostatnie pytanie – internet. Czy jest on waszym zdaniem medium, które pomaga w promocji zespołu, a może dostrzegacie zagrożenia?

Danielz: Internet jest wspaniałą sprawą i wszyscy o tym dobrze wiemy, z tym, że u nas jest postrzegany trochę w odwrotny sposób. Jest to bardzo dobra sprawa, żeby wypromować jakikolwiek zespół, natomiast jest jedna podstawowa rzecz – dostępne w internecie pliki .mp3. Moim zdaniem powinny one mieć na celu wypromowanie płyty, a nie tak, jak to się odbywa w naszym kraju, że .mp3 stanowi podstawowy nośnik do słuchania muzyki. Na Zachodzie jest taka sytuacja, że słuchając .mp3 określasz, czy dana muzyka ci się podoba, a potem idziesz do sklepu, kupujesz płytę. U nas jest sytuacja odwrotna. To jest jedna rzecz, jeśli chodzi o .mp3, a to, co się dzieje na rynku, jeśli chodzi o piractwo, to druga rzecz. Te wszystkie wspaniałe urządzenia różnych firm, przegrywarki, to wszystko zmierza do tego, żeby artyści sprzedawali jak najwięcej płyt (śmiech) i żeby się czuli jeszcze bardziej oszukani niż do tej pory.

Autorzy: Adam „kalisz” Kaliszewski, Artur „m00n” Ślusarczyk

Sacriversum – The Shadow Of The Golden Fire – Early Days (recenzja, 2001)

•29/03/2009 • Dodaj komentarz

Utwory: Across The Dust; Whispers; Pure Evil; In Emotional Garden; Never Give Up; From Your Blood; Tears; Wounded Flames; Revenger; Defended Land; Dreams Of Destiny; Taste Of Defeat; Defended Land – new version; Taste Of Defeat – new version
Wykonawcy: Remo – wokal, gitara basowa; Herszt – gitara; Ślepy – instrumenty perkusyjne; Baran – instrumenty klawiszowe
Wydawcy: Serenades
Rok wydania: 2001
Data napisania recenzji: 2.09.2001
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 7
Ocena 2009: 5

Łódzka formacja Sacriversum to jeden z pionierów na polskiej scenie klimatyczno-metalowej. Ostatnio grupa święci sukcesy za sprawą nowej płyty „Beckettia”, tymczasem ukazał się album zawierający zremasterowane wersje dwóch demówek grupy – „Dreams Of Destiny” z 1993 roku i „The Shadow Of The Golden Fire” z roku 1994. Oba materiały zostały wydane w niedużych nakładach przez nieistniejące już firmy Carnage i Baron Rec., w związku z czym były nie do zdobycia. Fanów Sacriversum ucieszy też informacja, że obie demówki zostały zremasterowane, opatrzone ładną okładką z archiwalnymi zdjęciami oraz krótką notką biograficzną i wydane na płycie kompaktowej.

Sacriversum z początku lat dziewięćdziesiątych to nieco inny zespół niż obecnie – grający o wiele brutalniej, ciężej, bliski death metalu, a jednocześnie łączący w swej muzyce elementy, które doskonale rozwinął na „Soterii” i „Beckettii” – melancholijny klimat, tajemnicze melodie. Już otwierający płytę „Across The Dust” oprócz deathowej galopady zawiera też wolniejsze wstawki w bliskowschodnim stylu. W „Whispers” ostry czad przekształca się nagle w akustyczny klimat. I tak jest przez całą płytę – akustyczne, czasem klasycyzujące brzmienia łączą się z szybkim i agresywnym graniem nieco w duchu pierwszych płyt Cemetary. Utwory od dziewiątego do dwunastego są jeszcze ostrzejsze, co jednak nie powinno dziwić, gdyż zawierają materiał z pierwszego demo – bez klawiszy i zwolnień. Po prostu dosyć melodyjny death metal. Ciekawostką są też wersje dwóch utworów z pierwszego materiału („Defended Land” i „Taste Of Defeat”) wzbogacone o klawiszowe tła. Utwory te miały znaleźć się na kompaktowym wydaniu „The Shadow Of Golden Fire”, ostatecznie jednak dopiero dziś ujrzały światło dzienne, wydatnie podnosząc wartość „Early Days”.

„The Shadow Of The Golden Fire – Early Days” słucha się świetnie. Jest to obowiązkowa lektura dla każdego fana łódzkiej grupy. Ci, którzy posiadają w swojej kolekcji kasetowe wydania demówek Sacriversum z pewnością docenią podwyższoną jakość dźwięku – brzmienie płyty jest naprawdę bardzo dobre. Ci, których przygoda z Sacriversum zaczęła się od „Soterii”, też nie powinni być zawiedzeni. Mimo brutalniejszego brzmienia i szybszych temp jest to ten sam zespół.

Autor: Adam „kalisz” Kaliszewski

Lacrimosa – Fassade (recenzja, 2001)

•29/03/2009 • Dodaj komentarz

Utwory: Fassade – 1. Satz; Der Morgen danach; Senses; Warum so tief; Fassade – 2. Satz; Liebesspiel; Stumme Worte; Fassade – 3. Satz
Wydawcy: Hall Of Sermon
Rok wydania: 2001
Data napisania recenzji: 2.09.2001
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 8
Ocena 2009: 6

Lacrimosa to już zespół-instytucja na gotyckiej scenie. Sześć płyt studyjnych,album koncertowy, kilka minialbumów. To wszystko zapewniło grupie Tilo Wolffa status jednego z największych zespołów „mrocznego” nurtu muzyki rockowej. Lada dzień do sklepów trafi siódmy pełnowymiarowy album grupy – „Fassade”. Czy jest to kolejne arcydzieło na miarę „Stille”? A może Lacrimosa pożera już własny ogon i bazuje na spranych patentach?

W obu tych stwierdzeniach jest trochę racji. Z jednej strony otrzymujemy rzecz w najlepszym stylu Tilo i spółki – mrok, potężne i monumentalne kompozycje okraszone symfonicznym i chóralnym brzmieniem (np. „Fassade” w drugiej części bliska muzyce sakralnej, zaś w trzeciej i ostatniej wieńcząca album niczym „Die Strasse der Zeit” na „Stille”), pojawiają się niemal hardcore’owe brzmienia (w „Liebesspiel” nawiązującym stylistycznie do jednego z największych przebojów Lacrimosy – „Copycat”). Czasem jest nastrojowo i lirycznie („Der Morgen Danach” – typowy liryczny lacrimosowy „smut” z nieco archaicznym brzmieniem gitary, spokojnie jest też w „Stumme Worte”, gdzie fortepianowej melodii towarzyszą dźwięki wiolonczeli i skrzypiec). W skomponowanym i śpiewanym przez Anne Nurmi „Senses” Lacrimosa zbliża się niemal do eterycznych klimatów Claire Voyant, symfoniczno-metalowe brzmienia są tu zastępowane przez akustyczne gitary i syntezatory. „Warum So Tief” to z kolei rozkołysany walc z krótką solówką gitarową w duchu Pink Floyd. Nie da się ukryć, że nowy album Lacrimosy jest urozmaicony, bogaty w różnorodne brzmienia i z pewnością nie nuży. Zespół połączył najlepsze elementy swojego brzmienia w całkiem zgrabną mieszankę, dorzucił trochę nowych dla siebie rzeczy (choćby niektóre bluesowo-hardrockowe partie gitar czy spokojne elektroniczne brzmienia w „Senses”). W rezultacie otrzymaliśmy dobrą, równą płytę, która jednak nie zachwyca. Nie jest objawieniem na miarę „Inferno”, czy „Stille”, Tilo Wolff nie odkrywa Ameryki, za to sprawnie i zgrabnie eksploatuje dawno opracowane elementy. Fanom Lacrimosy płyta powinna się spodobać, o ile nie oczekują od swojego ulubionego zespołu stylistycznych poszukiwań i eksperymentów. Album jest dosyć zachowawczy, ale całkiem udany.

Pewnym odstępstwem od Lacrimosowej tradycji jest okładka, która choć nadal czarno-biała, lepiej ilustrowałaby singiel z kraftwerkowskim „Das Modell” w wersji Rammstein niż płytę Lacrimosy. Niewątpliwie jednak Tilo i Anne są nadal w formie i potrafili stworzyć interesującą, choć niezbyt oryginalną płytę. Dziwić może tylko polityka wytwórni płytowej, która do recenzji dostarczyła album okrojony, ze skróconymi wersjami piosenek.

Autor: Adam „kalisz” Kaliszewski

Komu Vnyz – In Kastus In Vivo (recenzja, 2001)

•29/03/2009 • Dodaj komentarz

Utwory: Swit Biłych Wież; Popił; Wie Mama; Nieba Zori; Ptacha Na Imienija NACHTIGALL; Pisnija Chimiernowo Kraju; Majstier Z Mista HAMELN; Priwid Z Gaju; Nawa Wid Kijewa Do Olstiera; Kljenowyj Wagon
Wykonawcy: Siergij Stepanienko; Władisław „Malin” Maljugin; Władisław Makarow; Andrij Serieda; Jewgien Razin
Wydawcy: Karawan
Rok wydania: 2001
Data napisania recenzji: 2.09.2001
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 9
Ocena 2009: 8

Ukraiński zespół Komu Vnyz był dla mnie jedną z najmilszych niespodzianek tegorocznego Castle Party. Choć muzyka grupy – jak się okazało – nie ma dużo wspólnego z gotykiem, zespół doskonale wpasował się w konwencję festiwalu, został ciepło przyjęty i zapewnił sobie miejsce w pamięci przybyłych na festiwal fanów.

Jeśli więc nie jest to gotyk, co takiego gra Komu Vnyz? Otóż zespół wykonuje znakomitą muzykę z pogranicza rocka progresywnego i folku. Klawiszowe brzmienia a’la Emerson Lake And Palmer łączą się z natchnionymi wokalami i bardzo fajnymi, technicznymi partiami gitar. Całość ma niesamowity, mroczny klimat. Rozpoczynająca album kompozycja „Swit Biłych Wież” to art-rockowy klasyk z melodyjnymi wokalami, progresywna jest też „Pisnija Chimernowo Kraju” czy „Nawa Wid Kijewa Do Olstiera”. W większości utworów pojawiają się folkowe motywy („Popił”, „Nieba Zori”, „Ptacha Na Imienia NACHTIGALL”, „Priwid z Gaju” niemal w duchu etnicznych kompozycji Petera Gabriela). „Majstier z Mista HAMELN” to piosenka w klimacie Jethro Tull, natomiast kończący album bonus „Klienowij Wogon” zbliża się do metalizowanego industrialu, nieco zaskakująca jest też przebojowa hardrockowa kompozycja „Wie Mama”. Do niesamowicie klimatycznych progresywno-folkowych brzmień znakomicie pasuje język ukraiński, zwłaszcza, że grający także na klawiszach wokalista grupy ma naprawdę dobre warunki – potrafi zaśpiewać i nisko, i wysoko, jego linie wokalne są ciekawe i chwytliwe. Umiejętnościami nie ustępują mu pozostali muzycy. Zwłaszcza gitarzyści zasługują na uznanie.

Płyta „In Kastus In Vivo” zawiera zapis koncertu, jednak jakość dźwięku jest bardzo dobra, niemal studyjna. To tym większy atut tego materiału. Muzycy znakomicie radzą sobie na żywo, z ich muzyki bije energia i radość grania. Mam nadzieję, że Komu Vnyz zyska popularność w naszym kraju, w pełni na to zasługuje. Oby koncert w Bolkowie był dla nich tylko wstępem do kariery w Polsce.

Autor: Adam „kalisz” Kaliszewski

Dragon’s Eye – Screaming For Metal (recenzja, 2001)

•29/03/2009 • Dodaj komentarz

Utwory: Crimson Legion; Blindman; The Truth; Heavy Machine; As I Raise My Sword; Awakening
Wykonawcy: Marcin Przybylski – instrumenty perkusyjne; Konrad Krajewski – gitara elektryczna; Piotr Fligiel – gitara elektryczna; Miłosz Komorowski – wokal; Michał Kozłowski – gitara basowa
Rok wydania: 2001
Data napisania recenzji: 19.09.2001
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 7
Ocena 2009: 7

Dragon’s Eye to warszawska formacja wykonująca heavy metal w najczystszej, klasycznej postaci. Ostatnio grupa nagrała drugie już demo, zatytułowane „Screaming For Metal”. Może ono być dla Dragon’s Eye przełomowe, zespół udowadnia bowiem, że dosyć tradycyjny w gruncie rzeczy heavy metal można zagrać świeżo i z energią, której wiele „topowych” kapel mogłoby pozazdrościć.

Płytę otwiera „Crimson Legion” z rasowym metalowym riffem. Rozpędzony, „galopujący”, dynamiczny kawałek świetnie wprowadza w klimat płyty. Drugi utwór – „Blindman” – zaczyna się spokojnie, by po chwili przerodzić się w szybką heavymetalową jazdę z fajnymi gitarami. Wieńczą go sympatyczne solówki – słychać, że dla gitarzystów Dragon’s Eye dużo znaczą klasyczne hard rockowe wzorce. Następny numer („The Truth”) zaskakuje masywnym riffem, jest to bodaj najcięższa kompozycja na płycie, niemal thrashowe gitary, niżej śpiewający wokalista, zwolnienia. Slayer by się nie powstydził. ;) Żeby jednak nie było zbyt ciężko i brutalnie, kolejny kawałek „Heavy Machine” nawiązuje do klasycznego hard rocka. Początek kojarzy mi się z amerykańskim graniem z lat osiemdziesiątych, numer jest dosyć lekki, bardziej rockowy niż metalowy. Przedostatnia kompozycja to utwór instrumentalny – heavy metal w duchu Iron Maiden, fajne solówki, szybka, dynamiczna jazda. Ostatni „Awakening” też nie traci na ciężarze. Tym razem zaczyna się spokojnie, czyste gitary i „folkowa” melodia… Typowo „rycerski” kawałek. Może nieco w duchu Manowar, aczkolwiek dużo szybszy i cięższy.

Nowa produkcja Dragon’s Eye jest naprawdę ciekawa. Wszyscy miłośnicy klasycznego heavy metalu powinni docenić zespół. A że taka muzyka wraca ostatnio do łask? Może przed „Okiem Smoka” właśnie otwierają się drzwi kariery?

Autor: Adam „kalisz” Kaliszewski

Dive, Damn.Phase, Dust, Headfirst – klub Remont, Warszawa 16.09.2001 (relacja)

•29/03/2009 • Dodaj komentarz

Zestaw zespołów na ten koncert zapowiadał się smakowicie. Oprócz świetnie sprawdzającego się na koncertach Dive, mieliśmy zobaczyć między innymi Headfirst i Kayzen. Okazało się jednak, że ostatni z wymienionych zespołów nie zagra, na jego miejsce zaproszono łódzką formację Dusst. Wszystkie grające w niedzielę zespoły miałem okazję widzieć już wcześniej, dlatego ten koncert był znakomitą okazją do potwierdzenia, czy dobrze radzą sobie one na żywo.

Imprezę rozpoczęła stołeczna formacja Dive. Podejrzewałem, że grupa ta będzie gwiazdą niedzielnego koncertu, okazało się jednak, że zespół postanowił wystąpić jako pierwszy. Dive na żywo widziałem po raz drugi i znów zrobili na mnie ogromne wrażenie. Znakomita sekcja rytmiczna (z naprawdę fenomenalnym perkusistą), „technologiczne” klawisze, dynamiczna wokalistka. Koncert Dive to prawdziwa eksplozja energii. W muzyce słychać jakieś echa nu-tone’u, jednak na szczęście jest ona odległa od „madafakowych” schematów – bogata, melodyjna i często dość skomplikowana. Zespół zaprezentował wiele nowych kompozycji (w tym utwór w języku polskim – „Mistrz”). Ze starszych „przebojów” usłyszeliśmy bodajże tylko „Fear”. Jako ciekawostkę można odnotować wokalny udział Arka z zespołu Ametria w jednej z kompozycji. Dive grało ponad godzinę, a po reakcjach publiczności widać było, że wiele osób przybyło do Remontu tylko dla tego jednego zespołu.

Druga zagrała młoda formacja Headfirst. Zespół nagrał niedawno debiutancki materiał „Checkpoint” i koncert zdominowany był przez utwory z tej płytki. Nie zabrakło także coverów Sepultury i Pantery. I taka właśnie jest muzyka Headfirst – kiedyś coś takiego zwykło określać się mianem thrash/core. Nowoczesny, dynamiczny metal, agresywne granie, bardzo dobry wokalista. Myślę, że jeszcze usłyszymy o Headfirst.

Jako kolejny wystąpić miał Kayzen, niestety z powodu wyjazdu wokalistki, grupa musiała zrezygnować z koncertu. Zamiast warszawskiej formacji ujrzeliśmy więc łódzki zespół Dusst. Muzyka grupy niezbyt pasowała do konwencji wieczoru, zespół zagrał jednak całkiem nieźle, prezentując klimatyczno-metalową mieszankę. Trochę death, trochę black, wszystko okraszone klawiszami Ani z Sacriversum. Do tego ekspresyjny wokalista. Dusst zagrał fajnie, jednak niezbyt trafił do publiczności nastawionej tego wieczora nieco bardziej „nowocześnie”.

Ostatnim zespołem na niedzielnym koncercie była warszawska formacja Damn.Phase. Ten zespół również słyszałem już kilkakrotnie i choć klimaty muzyczne przez niego prezentowane niezbyt do mnie trafiają, to jednak muszę przyznać, że grupa się rozwija. Muzyka Damn.Phase to klasyczny „nu-tone”. Jest ciężka, dynamiczna, ale na swój sposób oryginalna. Dużą zaletą jest sekcja rytmiczna. Perkusista i basista nadają muzyce Damn.Phase ciężar, wokalista na szczęście częściej śpiewa niż rapuje. Śpiewa zresztą w sposób dość zakręcony i oryginalny. Zapewne na poletku „nowego” grania zespół może się podobać, ponieważ jego muzyka jest świeża i fajna. Niestety to nie moja estetyka.

Warto jeszcze wspomnieć, że na ten w sumie słabo rozreklamowany koncert przybyło sporo fanów. Atmosfera w „Remoncie” była gorąca, ludzie bawili się świetnie. Oby więcej takich imprez.

Autor: Adam „kalisz” Kaliszewski

Metalfest 2001 – klub Eskulap, Poznań 1.08.2001 (relacja)

•29/03/2009 • Dodaj komentarz

Rok 2001 obfituje w duże metalowe koncerty. Wprawdzie nie odbyła się (i raczej nie odbędzie) Metalmania, jednak nasz kraj odwiedziło kilka ważnych zespołów z całego świata, szykują się koncerty Slayera, Mayhem i innych. Do grona największych imprez dołączył Metalfest, który odbył się w poznańskim Eskulapie. Byłem w tym klubie po raz pierwszy i zrobił na mnie nie najlepsze wrażenie. Sala koncertowa jest wprawdzie duża, jednak scena nie należy do największych. Dziwne oświetlenie sprawiało wrażenie prowizorycznego, podobny nastrój panował zresztą w całym klubie – dość obskurnie, lokal sprawiał wrażenie właśnie remontowanego. W takich to warunkach odbył się koncert, który wiele osób będzie wspominało z łezką w oku. Moje odczucia są jednak mieszane.

Gdy dotarłem do Poznania, koncert właśnie się zaczynał. Jeszcze krótka podróż taksówką z dworca i byłem na miejscu. W środku grał właśnie Horrorscope. Muzyka zespołu nie zrobiła na mnie specjalnego wrażenia – ot, thrash, bez żadnych rewelacji. Na szczęście grupa szybko skończyła, a na scenie zainstalowała się łódzka ekipa z Sacriversum. Zastanawiałem się, jak Remo i spółka wypadną w zestawieniu z o wiele przecież brutalniejszymi kapelami. Okazało się, że zespół poradził sobie znakomicie. Wprawdzie problemy z nagłośnieniem wyraźnie dawały o sobie znać (słyszalność na scenie była podobno fatalna), ale Sacriversum dało bardzo dobry koncert. Dominowały oczywiście kawałki z ostatniej płyty „Beckettia”, ale nie zabrakło też starszych rzeczy z „Overwhelming Monuments” na czele. Zespół został ciepło przyjęty, pod sceną było gorąco.

Po zejściu łódzkiej formacji na scenie pojawił się krakowski Sceptic. Zaskoczeniem był brak gitarzysty Czesława Semli, którego na koncercie (a jak się później okazało, już na stałe) zastąpił Rafał Kastory z Atrophia Red Sun. Zespół grał dość długo. Dominowały oczywiście kompozycje z „Pathetic Being”, jednak nie najlepsze nagłośnienie nie pozwoliło na wyłapywanie niuansów i smakowanie gry Jacka Hiro i reszty muzyków…

Ostatnim reprezentantem kraju był pomorski Behemoth. Zespołowi dość dużo czasu zajęło zainstalowanie się na scenie, dla Inferna wstawiono nową perkusję, próby dźwięku też trwały jeszcze długą chwilę. Niestety nie na wiele się zdały, ponieważ akustyka klubu, jak się okazało, skutecznie utrudnia nagłośnienie zespołów. Poza tym przez całą imprezę poziom dźwięku był najnormalniej w świecie za wysoki. Trudno więc obiektywnie ocenić występ Behemotha. Zaskoczyło mnie jednak spokojne przyjęcie grupy. Nergal i koledzy miewają ostatnio problemy z agresywnie nastawioną publicznością, na muzyków często lecą jajka. Tym razem było spokojnie, publiczność nagrodziła zespół oklaskami. Brawa niestety nie należały się akustykowi.

Kolejnym zespołem miał być kanadyjski Voivod, który darzę ogromną sympatią. Z powodu zmian personalnych zespół odwołał jednak wszystkie koncerty, wskutek czego w Poznaniu również go zabrakło. Na koniec pozostała więc już tylko gwiazda imprezy – Napalm Death. Nie jestem fanem tego zespołu, więc w „Eskulapie” znalazłem się w zdecydowanej opozycji. Choć w sali koncertowej ludzi było cały czas dużo, to w czasie występu ND zrobiło się bardzo ciasno. Wśród widzów zaroiło się też od występujących wcześniej muzyków, przeciskał się miedzy innymi Nergal z piwem w plastikowym kubeczku. ;) Mimo wystawienia własnej reprezentacji akustyków, Napalm Death nie poradził sobie z kiepskimi warunkami nagłośnieniowymi. Przez pierwsze dwa kawałki wokalisty w ogóle nie było słychać, później brzmienie trochę się poprawiło, ale do perfekcji sporo jeszcze brakowało. Zespół grał długo, jak dla mnie za długo. Jak pisałem, do grona fanów Napalm Death nie można mnie zaliczyć, więc z ogólnego łomotu wyłapałem tylko kilka utworów ze „Scum” i „From Enslavement…” (głównie z racji ich długości ;) ). Choć przyjęcie było gorące, a fanom najbrutalniejszego metalu koncert bardzo przypadł do gustu, to ja mniej więcej w połowie występu Napalm Death ewakuowałem się na korytarz, by resztę występu przesiedzieć przy barze.

Muszę powiedzieć, że Metalfest był imprezą bardzo udaną. Coś dla siebie mieli i fani brutalnego grania, i bardziej melodyjnych klimatów. Dobór zespołów był dosyć ciekawy, na minus mogę zaliczyć tylko brak Voivod i kiepską akustykę. Ludzie dopisali – było ich sporo i nieźle się bawili. Może warto zastanowić się nad organizowaniem tej imprezy w nieco lepiej wyglądającym i dającym się sensownie nagłośnić klubie. Poza tym było naprawdę nieźle.

Autor: Adam „kalisz” Kaliszewski

 
Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.